Ogolnie duzo smiechu jest od poczatku :)
Lot z Warszawy do Bangkoku przebiegl okej. Smiesznie mialysmy miejsca, bo Basia przy oknie, a ja przy przejsciu i w srodku wcisnal sie koles ktory tez jechal do Tajlandii. No i ciekawa sytuacja bo pani stiuardessa przyniosla mu koszerne jedzenie :) Nie wypadalo wprost pytac, czy to z racji religii, ale w sumie sam powiedzial, ze koledzy mu polecili wybrac to jedzenie... i faktycznie musze przyznac, ze smialo przy rezerwacji na nastepnych lotach mozna brac takie jedzonko. Cos innego, wiecej i bardzo smaczne :)
W Moskwie mialysmy 3 godziny na przesiadke, wiec zwiedzilysmy pare duty free ;) Pare prezentow wybranych ;) Lotnisko bez szalu, wrecz bym powiedziala ze slabe, jak na taka stolice. Ale ten czas nam szybko minal :)
Co ciekawe do Boinga 277 zamiast przez rekaw, dowiezli nas autobusami ;) Ogolnie organizacja kiepska ;) Ale zajelysmy miejsca w trojeczce, przy oknie mialysmy nowego kolege - Rosjanina, ktory umial po angielsku 2 slowa na krzyz, 2 po polsku, ale jakos sie dogadywalismy ;) Nawet udalo sie ustalic ze oboje mielismy wypadek narciarski na Hintertuxie ;) Nie pytajcie lepiej jak ;) hehehe... No i jak mowil osobie jest menedzerewm od orzeszkow... pokazal nam jakies zdjecia, chyba po prostu sprzedawal orzeszki arachaidowe ;) Ogolnie mialysmy niezly ubaw.
Tradycja juz chyba jest, ze lecac do BKK ogladam jakis Hangover, tym razem padlo na 3 ;)
W zasadzie mialysmy spac wiekszosc lotu, a wyszko calkiem inaczej. Jak przespalam 2 godziny, to dobrze ;) Skutkiem tego na lotnisku w BKK jak tylko usiade, wezme Kindle i czytam ksiazke "Sylwia. Agentka Mossadu", to zasypiam ;)
No i mila niespodzianka na koniec. Darmowa airport longe dla klientow Bangkok Airlines. Internet, kawa, soczki, jedzenie... no naprawde swietny serwis :)
No i czekamy na nasza zgube, ktora chyba wczoraj zabalowala ;) My tez lekko wyprute po locie, ale ciagle excited :)


