wtorek, 12 listopada 2013

Droga z Luang Prabang do Vang Vieng

W LP budzimy sie z rana, trzeba sie spakowac i przygotowac do drogi :) Kapiel w cieplej wodzie, pakujemy sie i idziemy na sniadanko :)

W tym miescie czuc ducha kolonializmu :)



Tanja oplaca za nas wszystkich hotelik i idziemy na ostatnia rundke po miescie.

Ostatnie boskie widoki na Mekong. Na dlugo ten widoczek zostanie mi w pamieci :) Tutaj mozna bylo lodeczka przeprawic sie do restauracji za free.



No i przyszedl czas na pierwsze prezenty dla Najblizszych ;) To oczywiscie dla mojego Wielkiego 40-sto kilogramowego Bialasa :) Poznajcie Laoska ;)


No i sie zaczelo ;) Mial byc Mini Van, ale to czym jechalismy to byl totalny rzech ;) Zero klimy, zero zaglowkow, drogi mega krete, po pierwszej godzinie mielismy juz dosc. A czekala nas trasa 6 godzinna do Vang Vieng. Szczegolnie meczyl sie prawie 2metrowy Hubert ;) W dodatku Angielka wyrolowala go lekko z miejsca ;) Zeby jakos zapomniec zaczelismy rundke w tysiaca :P


Ale musze przyznac ze widoki wynagrodzily wszelka niewygode... Laos to przesliczny kraj. Duzo gor, duzo zieleni, wszystko wyglada takie dziewicze jeszcze... I dookola duzo ludzi, ktorzy zyja w tragicznych, naprawde tragicznych warunkach... Po prostu przy drodze i tyle...

Az chaialoby sie tutaj miec swoj samochod, zeby spokojnie jechac po drodze i co chwila sie zatrzymywac na foty... Ale z pedzacego mini vanu tez sie da ;) 


Ja jak zwykle zaprzyjaznilam sie z malymi Laotanczykami :) 

Cudny dzieciak, nieprawdaz? :)                                                        


I jeszcze widoczkow ciag dalszy. Droga naprawde byla przerazajaca. Prawie zaliczylismy jedna czolowke. Co chwila jechaly wielkie ciezarowki... marzylam by byc na miejscu... 



Oprocz widoczkow, krajobrazow, byly tez takie, ze dwi-trzy letnie dziecko w spioszkach po prostu paradowalo przy takiej drodze... szok...

Lub tez najpiekniejszy widok z toalety ever ;) Po prawej toaleta, a ponizej widoczek z niej praktycznie ;)



Ale jak pisalam, widoczki zrekompensowaly wszelka niewygode i stresik, czy na pewno dotrzemy w jednym kawalku ;) 

Do Vang Vieng dotarlismy juz jak bylo ciemno. Znalezlismy hostelik i poszlismy na miasto zorientowac sie w sytuacji i cos zjesc :) No i pochilloutowac, w koncu z tego jest znana ta miescinka.


Na pierwszy rzut oka tutaj srednia wieku jest w okolicach 20-stki ;) Totalna zmiana w stosunku do Luang Prabang, gdzie srednia na oko wynosila 70-latek ;) Czujemy sie gdzies tak in the middle ;)

Nie przeszkodzilo to nam w zrobieniu rundki po knajpach :) Skosztowalismy lokalna whisky o swietnej nazwie TIGER, kanapeczek ze straganow, no i posluchalismy fajnej muzyczki :) Naprawde niezly chilloucik ;) A dla chetnych w jednym barze bylo "happy menu". 3 stronne menu z roznego rodzaju daniami z trawka czy opium. Do wyboru do koloru ;) No takie jedno wielkie flower power ten Vang Vieng ;) C.D.N.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz