Ostatni dzien w Pai byl pozytywny (w ogole bardzo polecam to miejsce). Dobre jedzonko na poczatek i jestesmy przygotowani do 9 godzinnej jazdy do ganicy tajsko-laotanskiej. W busiku trojka Niemcow mocno pod wplywem alkoholu - wylewajaca tu i owdzie go ;) ech... Dobrze ze sa zatyczki do uszu ;)
Bylo blisko bym przestaa byc juz cierpliwa ;) Ale jakos doczlapalismy sie do granicy z przestojem godzinnym w Chiang Mai.
Dotarlismy na miejsce noclegu chyba o 2 w nocy - skonczylam nawet czytac ksiazke o agentce Mossadu i ciagle czuwalam, co nasi "sasiedzi" wywinal ;) Dotarlismy i naszym oczom ukazal sie nasz boski apartament ;) W koncu 3 lozka - hi hi hi ;) W roznych miejscach spalam, od 5 gwiazdkowych resortow, po pokoje bez okna i toalety w Birmie... ale to bylo cos ;) Karaluchy chodzace, ten zapach, etc... Ale 4 godziny dalismy rade sie zdrzemnac ;)
Rano posilek i wyjazd na granice. W tym miejscu granica miedzy Tajlandia a Laosem lezy na rzece Mekong. Przecudnie malownicze miejsce.
Zrobilismy ostatnie zapasy na podroz, w koncu czeka nas 2 dniowy rejs Mekongiem...
I czekalismy na nasz promik podziwiajac cudne dzieciaki :)
Przewozic po rzece mozna wszystko ;) Nawet mega wielkie ciezarowki :) A co :)
W ciagu calej trasy widoki bly piekne. Na slowboata weszlo ze 100 osob roznorakiej narodowosci i koloru skory. Istna mieszanka wybuchowa :D Ale mysle, ze bylismy w trojke dosc barwna grupka :D
My na zmiane gralismy w tysiac (nie pytajcie kto nas ogrywal ;)), jedlismy, pilismy piwko, robilismy fotki, czytalismy, spalismy, no i oczywiscie integrowalismy sie :)
Pierwszy dzien plyniecia konczymy w miejscowosci Pak Bang. Mala wiocha na Mekongu in the middle of nowhere... ale za to jest przeslicznie :) Znalezlismy pokoj - nie nie - Hubert znalazl ;) za co przez kolejne dwa dni mial nas na glowie ;)
Wieczor skonczylismy w hinduskiej knajpce. Bylo pyyyysznie i klimacik wszystkim sie udzielil ;)
Obrazki z ulicy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz