poniedziałek, 11 listopada 2013

Luang Prabang

Miasto LP jest cudownie klimatyczne. Czuc czasy kolonialne i podboje panstw europejskich. 


Plan na dzisiaj to zwiedzic wsystkie swiatynie jakie tutaj sa oraz zobaczyc duuuzy wodospod. To pierwsze mnie zachwycilo, z tym cudem natury gorzej ;) PS. Trzeba zauwazyc ze anteny satelitarne w Laosie sa w jedynie slusznym kolorze ;) 


Pierwsza z porannych swiatyn od srodka. Bardzo podobalko mi sie to ujecie. Cisza, spokoj... 


W kazdej ze swiatyn sa Mnisi. O poranku glownie chyba pilnuja tych swiatyn... Ten sprawdzal tez cos przez komorke, a moze gral ;)


Posagi Buddy sa wszedzie i w kazdej postaci... ale musze przyznac ze po Kamborzy, Tajlandii, Birmie, nadal nie mam ich dosyc ;) 


Niektore ze swiatyn sa naprawde imponujace... nazw nie bede przytaczac, bo faktycznie mozna sobie polamac jezyk ;) 


Ubrania Mnichow tez trzeba gdzies prac i suszyc... fajnie to wyglada w zestawieniu z ta soczysta zielenia... 


Poniewaz bylam w krotkich spodenkach, to dostalam nakaz nalozenia sobie sukieneczki takiej oto wlasnie... Calkiem pasowala mi kolorystycznie ;) 


I kolejne posagi Buddy... w kolejnej ze swiatyn :)  

I kolejne swiatynie z innych ujec ;) Czyz nie piekna?                             


I jeszcze jedna... a temperatura siega pewnie gdzies z 36 stopni C ;)


Ta mi sie bardzo podobala... Te palmy robial klimacik :)                   


Wdrapalismy sie tez na wzgorze ze swiatynia - a jak - zeby zobaczyc ten niecodzienny widoczek :) 



Mnisi sa wszedzie w tym miescie... sa raczej niechetni do robienia im zdjecia... a szkoda... 



No i wodospad, do ktorego po poludniu pojechalismy tuk tukiem... Ja jednak wole bardziej kameralne miejsca... bylo masakrycznie duzo ludzi, mozna bylo sie w tym wykapac - a jakze, ale... jakos sie nie skusilam... glosno i srednio fajnie ;) A w dodatku w drodze powrotnej czekal nas wielki korek ;)

Plusem wycieczki bylo zobaczenie na jezdni KOBRY!!! Tak tak, pierwszy raz w zyciu na wolnosci widzialam kobre!!! Jechalismy i nagle wisk w tuk tuku przed nami... i nagle pojawil sie nam 2 metrowy na oko gad :)

Takie obrazki tez mona bylo zobaczyc nad tym wodospadem :) 


A w drodze powrotnej bawilam sie w foto reportera ;) 


Jak pisalam wpadlismy w mega korek i wchlanialismy spaliny, takze taka seksowna maseczka jak najbardziej by sie nam przydala :) 

Po calodziennym zwiedzaniu, dzisiaj czas na nocny market i zakupy, jakies boskie jedzenie (a jest tutaj cudny wybor) i oczywiscie laotanski masaz (zaskoczylo mnie, ale jest inny niz tajski... mocniejszy... polega na takim mocnym szczypaniu i uciskaniu, ale bardzo przyjemny).

Jutro o godzinie 2 ruszamy z LP w dalsza podroz....


3 komentarze:

  1. Cudnie się czyta, dawaj dalej Doneczka i jeszcze troszkę fotek żarełka i picia :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Dręczysz mnie tymi fotkami jedzonka ;) No a fotki och i ach :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Specjalnie dla Was pojawi sie odrebny post tylko z jedzeniem :) S o o n <3 ;)

    OdpowiedzUsuń