środa, 13 listopada 2013

Vang Vieng flower power

Rano wstalismy w naszym malym miasteczku VV i zaczelismy sie zastanawiac na co mamy czas i co warto tutaj zrobic. Miasteczko jest slynne z tubingu, czyli zjezdzie na oponie po rzece o dosc wartkim nurcie (niestety zjazd zazwyczaj jest zakrapiany alkoholem i innymi uzywkami, wiec raz na jakis czas koncy sie niestety dla kogos smiercia :()
My zaczelismy dzien standardowo od jhakiegos pysznego sniadanka.Pozniej zaczelismy chodzic do agencji popytac sie o ceny tubingu oraz biletu do stolicy Laosu Vientianu. No i tutaj kolejny zonk... Laos to kraj komunistyczny i podejscie jest takie jak u nas w tych czasach, czyli czy sie stoi czy sie lezy... No masakra po prostu. Pan ledwo podniosl glowe zza swoich szlaczkow i laskawie wskazywal mi tablice z informacjami na moje pytania. I ja i Tanka juz nie wytrzymalysmy i mowimy, ze to chyba punkt informacyjny...

Bardzo nas zdziwila ta postawa. Wyglada to tak, ze w VV naprawde turystow traktuja... powiedzialabym z pogarda... co dziwne, bo dzieki nim przeciez zyja... Swoje piec minut dzien wcesniej miala babeczka od hostelu, ktora na moje pytanie "how much for the room?" odpowiedziala mi, ze juz mi mowila cene... No zesz... ;) Nic tylko spac w takim miejscu ;)


Po szyvbkim rozeznaniu stwierdzilismy ze to nie jest do konca miejsce dla nas jednak. Ta postawa ludzi - no ja bylam w szoku... Owszem  -samo miejsce piekne, malowniczo polozone nad rzeka, duzo atrakcji od splywow kajakowych, tubingu, jazdy na rowerze w pieknym plenerze do wspinaczki czy chodzenia po jaskiniach...












Ale rozmawiajac i konstruujac plany na dalsze dni, stwierdzilismy ze idziemy zobaczyc tubing nad rzeczke, a po poludniu ruszamy jednak do stolicy Laosu.














Spacer nad rzeke okazal sie swietnym pomyslem. Malownicze widoczki. Nic tylko podziwiac i robic foty :)
Mostek przez sciek, tak zeby dostac sie do rzeki...                                                                                            







Tuaj sie koncy trasa tubingu. Nurt naprawde wartki rzeczki. Powiedzialabym, ze naprawde ta impreza moze byc niebezpieczna...








Czas mozna bylo sobie umilic w jednej z takich knajpeczek ;) Nie wymaga to chyba wiekszego komentarza, czemu Smile View  ;)










Wykapalismy sie w rzeczce, bo upal byl okrutny i podziwialismy widoczki dalej....










Na koniec jeszcze ostatni shopping, internet i wkrotce mielismy ruszac w trase do Vientianu. Tym razem autobusem niby VIP, ale tez szalu nie bylo ;)
Udalo mi sie natomiast skonczyc kolejnba ksiazke "Przetrwac Belize" o bylym GROMowcu, ktory opisuje szkolenia w dzungli w Belize... niezle klimaty :)





Po 5 godzinach dotarlismy do stolicy, wypatrzylam w Lonley Planet dla nas hostelik - Orchid Guesthouse w chinskiej dzielnicy i udalismy sie wlasnie tam :) Wieczor minal nam przyjemnie. Najpierw kolacja - owoce morze - mniam, pozniej wzielismy tuk tuka, zeby obwiol nas po stolicy - widzielismy m.in luk triumfalny, a na koniec chilloucik w jednym z barow... Tutaj kolezanka Tanka mialaby pewnie pare slow wiecej do dodania, bo byla zszkowana pewnymi zjawiskami socjologicznymi ;) hi hi hi


Na konice gra w tysiaca... przegralam o maly wlos...ech... a traza...170 w ostatniej partii az mi sie pozniej snila ;)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz