Widoki byly obledne. Zaczelismy od wioseczki Lisu i szlismy po roznych polach, az wkrotce doszlismy do prawdziwej dzungli. Czuc bylo wilgoc oraz cudowny zapach :)
Maszerowalismy rownym tempem z jedna dluzsza przerwa na lunch.
Nasz przedownik szedl pierwszy, mial ze soba maczete i torowal nam wszystkim droge.
Co jakis czas znajdowalismy mini wodospadziki i fajne zrodelka, ktore przynosily nam ukojenie w tym goracym dniu.
W pewnym momencie nasz przewodnik namierzyl pare robali - katepilarow... wtedy jeszcze z obrzydzeniem robilismy zdjecia i smialismy sie... natomiast w nastepnym kroku...
Przewodnik rozpalil ognisko wykorzystujac do tego drewno z palm bananowca (olej, zywica i te sprawy). W chwile zapalilo sie sliczne ognisko...
Nasz przewodnik zrobil tez nam kubeczki z bambusa, zebysmy mieli w czym pic. Widac bylo, ze naprawde potrafi poslugiwac sie maczeta :)
Takie oto rozne zrodelka byly na naszej drodze. Czasami udalo sie przejsc po kamieniach, a czasami trzeba bylo zdjac buty. Niektorzy wchodzili w butach ;) Albo wpadali ;) hle hle hle ;)
I jeszcze taki samotny lisc sie napatoczyl ;) Ogolnie przepiekna sceneria. Cisza. Spokoj. Cudowne powietrze.
Po 6 godzinach marszu dotarlismy do naszej wioseczki, w ktorej mielismy spac. Zobaczylismy jakie owoce, warzywa i przyprawy rosna dookola domostwa. Tutaj ziarenka kawy arabica.
We wioseczce na oko znajdowalo sie moze z 20 osob, pare domkow na krzyz. Warunki naprawde spartanskie. Ale widac, ze nie to tutaj ludziom jest potrzebne do szczescia...
Dzieci w Azji jak zwykle wygladaja niesamowicie... tylko robic zdjecia :) hehehe...Tanja miala na to inny pomysl, ale to musze przemilczec ;)
Przyjaciel naszego przewodnika z ktorym nie widzial sie od dawna i ktory niestety nie wygladal na najszczesliwszego mezczyzne... podobno rozstal sie ze swoja kobieta jakis czas temu.... hmmm...
Taka oto sceneria towarzyszyla nam tego dnia. Dzungla. Zielen. Chatki z bambusa...
Nasz przewodnik zabral sie za robienie nam kolacji. trwalo to okolo 2 godzin. Tutaj wszystko ma wymiar slow life ;) Przyrzadzenie jedzenia to istna celebracja, ale trzeba tez przyznac ze jedzenie bylo cudowne... Na deser miseczka robali zrobionych w woku na oleju :) Mniammmi :P
Czas na toalete wieczorna. Kazdy z domosnikow wchodzil po kolei :) Nie musze mowic, ze dzieci pewnie jak to i w Polsce nie bardzo sie do tego garnely ;) Tutaj dziewczynka, ktora miala wielka zabawe ze otwiera drzwi lazienki, w ktorej znajduje sie jej ciocia :)
Wieczorne pichcenie kolacji ciag dalszy :) Miejscowi tez mieli zajecie w postaci picia wisky... i chyba palenia czegos... na moje oko opium albo cos w tym stylu ;)
To byl obrazek niesamowity :) Dziecko jak eskimos :) Bylo wieczorem calkiem chlodmo, ale bez przesady :D
Caly dzien byl naprawde niesamowity. Wieczorem siedzielismy z lokalesami w ich chatce, jedzac pyszne jedzenie, popijajacy to tym to owym, spiewajac nawet "wlazl kotek na plotek" dziewczynce ktora zasypiala... :) Kanadyjczycy wczesniej poszli spac, a my jeszcze prowadzilismy "dziwne Polakow rozmowy" o wszystkim i o niczym, ale non stop smiejac sie :) A ze czas w wiosce plynie od wschodu do zachodu, to o 21:00 udalismy sie grzecznie do swoich lozeczek :) Noc zapowiadala sie ciekawie...
Taaa, oni jedzą wszystko, to co się porusza :) Osobiście chciała bym skosztować pieczonych mrówek, bo karalucha za chiny nie tknę, masz chrapkę na skorpiona, ale to głęboko się zastanowię nad tym przysmakiem :D No i oczywiście durian, temu to nie przepuszczę
OdpowiedzUsuń