czwartek, 7 listopada 2013

In the jungle - trekking dzien 1

Po zwiedzeniu Pai, odwiedzeniu plemion longneckow oraz raftingow kolejnego dnia chcielismy wybrac sie na trekking. Zorganizowalismy sobie dwu dniowy trekking z przewodnikiem po dzungli wraz z noclegiem we wiosce plemion Karenow Bialych.
Zaplacilismy za to 1500 batow (150 pln na dwa dni za osobe - czyli calkiem niezla cena). Wybralismy sie tam z parka Kanadyjczykow. Z Pai jechalismy na miejsce z godzine, a pozniej czekal nas 6 godzinny trekking wraz z przygodami :) 


Widoki byly obledne. Zaczelismy od wioseczki Lisu i szlismy po roznych polach, az wkrotce doszlismy do prawdziwej dzungli. Czuc bylo wilgoc oraz cudowny zapach :) 


Maszerowalismy rownym tempem z jedna dluzsza przerwa na lunch.


Nasz przedownik szedl pierwszy, mial ze soba maczete i torowal nam wszystkim droge.


Co jakis czas znajdowalismy mini wodospadziki i fajne zrodelka, ktore przynosily nam ukojenie w tym goracym dniu. 


W pewnym momencie nasz przewodnik namierzyl pare robali - katepilarow... wtedy jeszcze z obrzydzeniem robilismy zdjecia i smialismy sie... natomiast w nastepnym kroku... 


Przewodnik rozpalil ognisko wykorzystujac do tego drewno z palm bananowca (olej, zywica i te sprawy). W chwile zapalilo sie sliczne ognisko... 


A nastepnie zaczal przyrzadzac nasze male robaczki...Jeszcze nam "oczy wychodzily z orbit" ale po chwili znalazl sie pierwszy smialek ktory skosztowal tej przystawki ;) Odwazylam sie i jak ;) I powiem ze bylo to baaardzo smaczne - takie jak chipsy, a wartosci odzywcze na pewno wieksze :)
Nasz przewodnik zrobil tez nam kubeczki z bambusa, zebysmy mieli w czym pic. Widac bylo, ze naprawde potrafi poslugiwac sie maczeta :)


Takie oto rozne zrodelka byly na naszej drodze. Czasami udalo sie przejsc po kamieniach, a czasami trzeba bylo zdjac buty. Niektorzy wchodzili w butach ;) Albo wpadali ;) hle hle hle ;)


I jeszcze taki samotny lisc sie napatoczyl ;)  Ogolnie przepiekna sceneria. Cisza. Spokoj. Cudowne powietrze. 


Po 6 godzinach marszu dotarlismy do naszej wioseczki, w ktorej mielismy spac. Zobaczylismy jakie owoce, warzywa i przyprawy rosna dookola domostwa. Tutaj ziarenka kawy arabica. 


We wioseczce na oko znajdowalo sie moze z 20 osob, pare domkow na krzyz. Warunki naprawde spartanskie. Ale widac, ze nie to tutaj ludziom jest potrzebne do szczescia...


Dzieci w Azji jak zwykle wygladaja niesamowicie... tylko robic zdjecia :) hehehe...Tanja miala na to inny pomysl, ale to musze przemilczec ;) 


Przyjaciel naszego przewodnika z ktorym nie widzial sie od dawna i ktory niestety nie wygladal na najszczesliwszego mezczyzne... podobno rozstal sie ze swoja kobieta jakis czas temu.... hmmm... 


Taka oto sceneria towarzyszyla nam tego dnia. Dzungla. Zielen. Chatki z bambusa... 



Nasz przewodnik zabral sie za robienie nam kolacji. trwalo to okolo 2 godzin. Tutaj wszystko ma wymiar slow life ;) Przyrzadzenie jedzenia to istna celebracja, ale trzeba tez przyznac ze jedzenie bylo cudowne... Na deser miseczka robali zrobionych w woku na oleju :) Mniammmi :P 

Dzieci tez tu byly ;) W okolicach domu rozne przedmioty mozna bylo spotkac ;) A to zabawki, a to buciki a to cos jeszcze innego.... 

Czas na toalete wieczorna. Kazdy z domosnikow wchodzil po kolei :) Nie musze mowic, ze dzieci pewnie jak to i w Polsce nie bardzo sie do tego garnely ;) Tutaj dziewczynka, ktora miala wielka zabawe ze otwiera drzwi lazienki, w ktorej znajduje sie jej ciocia :) 


Wieczorne pichcenie kolacji ciag dalszy :) Miejscowi tez mieli zajecie w postaci picia wisky... i chyba palenia czegos... na moje oko opium albo cos w tym stylu ;) 


To byl obrazek niesamowity :) Dziecko jak eskimos :) Bylo wieczorem calkiem chlodmo, ale bez przesady :D









Caly dzien byl naprawde niesamowity. Wieczorem siedzielismy z lokalesami w ich chatce, jedzac pyszne jedzenie, popijajacy to tym to owym, spiewajac nawet "wlazl kotek na plotek" dziewczynce ktora zasypiala... :) Kanadyjczycy wczesniej poszli spac, a my jeszcze prowadzilismy "dziwne Polakow rozmowy" o wszystkim i o niczym, ale non stop smiejac sie :) A ze czas w wiosce plynie od wschodu do zachodu, to o 21:00 udalismy sie grzecznie do swoich lozeczek :) Noc zapowiadala sie ciekawie...



1 komentarz:

  1. Taaa, oni jedzą wszystko, to co się porusza :) Osobiście chciała bym skosztować pieczonych mrówek, bo karalucha za chiny nie tknę, masz chrapkę na skorpiona, ale to głęboko się zastanowię nad tym przysmakiem :D No i oczywiście durian, temu to nie przepuszczę

    OdpowiedzUsuń